image1 image2 image3

Żywot Człowieka Wolnego Wspomnienie o panu Grzegorzu Piesio – Komorowskim

 

 

Maria Rostworowska

 

 

 

Wczesnym popołudniem, 8 lipca – a może już dziewiątego – chyba we czwartek, pod Domem Generała zatrzymał się samochód policyjny, na który mało kto zwrócił uwagę, chociaż u mieszkańców wzgórza widok takiego pojazdu zawsze budzi zainteresowanie – coś się stało, a może jeszcze się dzieje, ciekawe co, ale niema kogo zapytać, więc człowiek idzie dalej swoją drogą i po chwili o wszystkim zapomina …

I tym razem tak by było, gdyby nie krótka rozmowa nazajutrz przy bramie cmentarza. Po zwyczajowym dzień dobry i paru zdawkowych zdaniach o pogodzie, państwo B.,  właściciele sklepiku z kwiatami i zniczami, wyraźnie poruszeni powiedzieli mi o niespodziewanej śmierci swojego pomocnika - pana Grzegorza. Zmarł nagle – dokładnie nie wiadomo kiedy, w  piwnicy w Domu Generała, gdzie mieszkał.

 

Pana Grzegorza „znali” wszyscy, a tak naprawdę mało kto. Skąd wziął się na Salwatorze? Gdzie mieszkał przedtem? Tego do niedawna nie wiedział prawie nikt. Tajemniczy wędrowiec, „Dezerter” (bohater opowiadania  Jean Giono pt. „Zbieg”), „Jeździec z nikąd”(western z lat sześćdziesiątych)... a może „Pielgrzym” (bohater książki nieznanego autora „Opowieści pielgrzyma”) ?

W nocy przy cmentarnej bramie pilnował namiotu z kwiatami i zniczami, czasem zastępował swoich pracodawców sprzedając wiązanki, znicze i bukieciki odwiedzającym cmentarz ostatnim spacerowiczom. Po pracy siadywał na krześle w namiocie, który służył mu też za jadalnię, „telewizornię” albo sypialnię, i oglądał wiadomości. Przy ciepłej pogodzie wynosił krzesło przed namiot, zakładał okulary i czytał na dworze, bez lampy, choć się już zmierzchało. Chętnie rozmawiał z idącymi na spacer osobami, które zatrzymywały się przy sklepiku, niekoniecznie żeby coś kupić.

W piwnicy w Domu Generała mieszkał już od dwóch lat. Nie była to zwyczajna piwnica, tylko przedwojenna służbówka, w której z pomocą swoich gospodarzy urządził się „całkiem wygodnie” – miał łóżko, stół, telewizor, półkę z książkami, lampę… I mały ołtarzyk. Któregoś dnia na alei zagadnął państwa M. o możliwość zamieszkania w ich piwnicy, a oni bez wahania wyrazili na to zgodę. Nim znalazł to schronienie sypiał w warunkach o wiele mniej komfortowych i z obecnego lokum był naprawdę zadowolony, tym bardziej, że gospodarze zapraszali go nieraz do siebie na obiad i pogawędkę.

Rozmowy z panem domu zwykle dotyczyły religii i spraw ostatecznych. Były to spory zaprzyjaźnionych ze sobą i szanujących się wzajemnie ludzi, i choć żaden z nich nie dawał się przekonać swojemu rozmówcy, podejmowali je chętnie, trwając każdy przy swoim stanowisku. Również pracodawca pana Grzegorza, pan B. traktował swoją z nim znajomość jako przyjazną zażyłość. Lubili się i razem pracowali.

 

Pan Grzegorz prawie zawsze miał na głowie czapkę – zdejmował ją dopiero kiedy zaczynały się letnie upały. Tylko raz widziałam go z krótkimi rękawami – było to na parę dni przed jego śmiercią. Wiał wtedy gwałtowny, bardzo gorący wiatr – upały iście afrykańskie, mówili wszyscy. Dopiero przy takiej tropikalnej pogodzie  pan Grzegorz zdecydował się zostawić w piwnicy czapkę i buro-brązowy sweter, i wystąpić w T-shircie. Musiał często marznąć i zapadać na infekcje i zapewne trudno mu było podjąć męską decyzję i przywdziać letni strój.

 

 Był człowiekiem niezwykle łagodnym – widać to było z jego twarzy i całej lekko przygarbionej postaci. W chwili śmierci miał zaledwie 47 lat. Umarł na zawał serca.

 „Święty człowiek” – powiedział o nim  Benedykt R., i miał chyba rację. Świętość pana Grzegorza odczuwali wszyscy – znajomi i nieznajomi. Promieniowało od niego jakieś dobro, delikatność i wielka życzliwość – ten człowiek nie skrzywdziłby muchy!

 

Oprócz prac przy cmentarzu miał jeszcze inne zajęcie - wyprowadzał na spacer psy państwa O. Miał u siebie klucze do ich mieszkania i kiedy wyjeżdżali zajmował się ich psami, które, były do niego bardzo przywiązane. Wracając ze spaceru siadywał na ławce przy kościele Św. Salwatora, zwierzaki kładły się obok niego i rozmawiali. Państwo O. mieli do pana Grzegorza pełne zaufanie. Zaufanie było obopólne, gdyż on z kolei lubił mówić o swoich problemach z  panią domu i czynił to często. Znalazłszy się w mieszkaniu państwa. O., gdzie był stałym gościem, udawał się do kuchni, robił sobie herbatę, poczym  siadał naprzeciw pani domu, zapalał papierosa i zaczynała się długa, osobista rozmowa.

 

Pan Grzegorz miał w sobie coś z prostoty, świeżości i niewinności dziecka. Lubił robić swoim przyjaciołom „psikusy” – na przykład w poniedziałek wielkanocny urządził państwu O. niespodziewany śmigus dyngus…Był przy tym nieśmiały, czasem unikał ludzkich spojrzeń i jakby nie zauważał osób, z którymi parę dni wcześniej rozmawiał zupełnie swobodnie.

Był bardzo pobożny – podobno po maturze wstąpił do seminarium duchownego, ale długo tam nie zabawił z powodu kłopotów z nauką. Przez jakiś czas chciał zostać zakonnikiem, jednak kiedy przyszło mu złożyć śluby wieczyste, zrejterował. Nosił szkaplerz, a w piwnicy gdzie mieszkał dużo czasu spędzał na modlitwie przed swoim ołtarzykiem z obrazkiem „Jezu ufam Tobie”. Czytał książki religijne, miał zwyczaj odwiedzać braci albertynów na Skawińskiej.  Wielką miłością darzył dusze czyścowe, modlił się za nie i był ogromnie przejęty ich tajemniczym losem.

Ostatnio bardzo się cieszył na Światowe Dni Młodzieży. Często zaglądał na Błonia, popatrzeć jak postępują przygotowania do wizyty papieża Franciszka. Sprawy religii, wiary, zbawienia człowieka, stawiał na pierwszym miejscu.

 

Kiedy opuścił klasztor, jeszcze jako bardzo młody człowiek, przez pewien czas był żonaty. Jednak wkrótce znalazł się sam. I właśnie wtedy wyjechał ze swojego rodzinnego Szczecina i udał się w daleką podróż – aż na południe. Zerwał z rodziną, zatrzasnął za sobą drzwi, wybrał niepewne, wędrowne życie człowieka bezdomnego, którym jednak do końca być nie chciał.

Pan Grzegorz  posiadał dowód osobisty, kartę tramwajową, komórkę, własne lokum w piwnicy, utrzymywał się sam, pracował….Ale były to zawsze zajęcia dorywcze – nigdy nie chciał się gdzieś zatrudnić na stałe, na stałe do czegoś zobowiązać. Czasami znikał na jakiś czas – nikt nie wiedział co się z nim wtedy działo, wyłączał telefon i nie było go 2, 3 tygodnie. Potem wracał jakby nigdy nic.

Może życie bardziej ustabilizowane było ponad jego siły, a może ponad wszystko cenił sobie wolność, swobodę i niezależność?

 

CZĘSTO CZYTANE

Statystyka

Użytkowników:
2
Artykułów:
173
Odsłon artykułów:
75576
2017  Tygodnik Salwatorski   ©