image1 image2 image3

Męka Pana naszego Jezusa Chrystusa oczami artystów Kazania pasyjne – Salwator 2017

MĘKA PANA NASZEGO JEZUSA CHRYSTUSA  OCZAMI ARTYSTÓW

KAZANIA PASYJNE – SALWATOR 2017

Ecce Homo, Adam Chmielowski

 

Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? 

na kimże się ramię Pańskie objawiło? 

 On wyrósł przed nami jak młode drzewo 

i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. 

Nie miał On wdzięku ani też blasku, 

aby na Niego popatrzeć, 

ani wyglądu, by się nam podobał. 

 Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, 

Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, 

jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, 

wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic. 

 Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, 

On dźwigał nasze boleści, 

a myśmy Go za skazańca uznali, 

chłostanego przez Boga i zdeptanego. 

 Lecz On był przebity za nasze grzechy, 

zdruzgotany za nasze winy. 

Spadła Nań chłosta zbawienna dla nas, 

a w Jego ranach jest nasze zdrowie. 

 Wszyscyśmy pobłądzili jak owce, 

każdy z nas się obrócił ku własnej drodze, 

a Pan zwalił na Niego 

winy nas wszystkich. 

 Dręczono Go, lecz sam się dał gnębić, 

nawet nie otworzył ust swoich. 

Jak baranek na rzeź prowadzony, 

jak owca niema wobec strzygących ją, 

tak On nie otworzył ust swoich. 

 Po udręce i sądzie został usunięty; 

a kto się przejmuje Jego losem? 

Tak! Zgładzono Go z krainy żyjących; 

za grzechy mego ludu został zbity na śmierć. 

 Grób Mu wyznaczono między bezbożnymi, 

i w śmierci swej był [na równi] z bogaczem, 

chociaż nikomu nie wyrządził krzywdy 

i w Jego ustach kłamstwo nie postało. 

 Spodobało się Panu zmiażdżyć Go cierpieniem. 

Jeśli On wyda swe życie na ofiarę za grzechy, 

ujrzy potomstwo, dni swe przedłuży, 

a wola Pańska spełni się przez Niego. (Iz 53, 1-10)

 

Jakże wyobrazić sobie to cierpienie, tak wielkie? Jak wczuć się w stan duszy Tego Cierpiącego? Czy to w ogóle możliwe? Przecież już sama próba wyobrażenia sobie tych scen sprawia nam trudność. Ale możemy zadać sobie te pytania: co mamy przed oczami, gdy słuchamy tych słów proroka Izajasza zaczerpniętych z Pieśni o Słudze Pańskim? Co widzimy? Jakie obrazy podsuwa nam nasza wyobraźnia?

Ale rozważanie męki naszego Pana, Jezusa Chrystusa, nie jest przecież (i nie może być!) li tylko ćwiczeniem intelektualnym. Chodzi tu o coś o wiele większego, o przeżycie wydarzenia. A żeby przeżyć, trzeba żyć, a żeby żyć, trzeba być. Pytamy zatem dalej: w jaki sposób można wyobrazić sobie siebie w tych scenach, o których się czyta, słucha, śpiewa? Tak, by nie być już na zewnątrz nich, ale uczestniczyć, brać w nich udział. Wyobrazić sobie siebie w Ogrójcu. Przenieść się na dziedziniec pałacu Poncjusza Piłata? Czy to możliwe? Czy da się dołączyć do orszaku Chrystusa-Skazańca, który dźwiga krzyż idąc ulicami Jerozolimy? Zajrzeć w Jego oczy, jak Maryja, wznieść wzrok ku górze, by zobaczyć Go konającego na Golgocie i modlącego się do Ojca? Usiłując wejść w te wydarzenia, odtwarzamy w myślach wizerunki Jezusa umęczonego, jakie znamy z obrazów, stacji drogi krzyżowej, krzyży przydrożnych czy cmentarnych. Wracają gdzieś sceny z filmów o życiu Jezusa z Nazaretu, jak choćby sugestywne kadry filmu Pasja, które oglądając wielu z nas odwracało wzrok od ekranu, bo nie do zniesienia był ten widok, tak sugestywny, tak porażający i bynajmniej nie tak daleki od rzeczywistości, jak to się wydaje krytykom…

Jak odmalować to cierpienie? Czy to w ogóle możliwe? Iluż artystów chwytało za pędzel, węgiel, za dłuto, by podjąć się próby oddania dramatu zbawczego cierpienia Chrystusa? Bez wątpienia powstały setki i tysiące szkiców, a sami artyści latami zmagali się z tematem, czasem odchodzili już prawie od zmysłów, bo przerastało ich to, co odkrywali, chcąc oddać dramaturgię pasyjnych wydarzeń. Salvador Dali, hiszpański surrealista w  1951 roku ukończył obraz zatytułowany „Chrystus św. Jana od Krzyża”. Relacjonował on, że kiedy kończył obraz, późną jesienią, w jego domu w Port Lligat było tak zimno, że obawiał się czy dzieło nie ulegnie zniszczeniu. Wspominał : „Przenieśliśmy go z pracowni do sypialni, w ten sposób, że mogłem kontynuować malowanie przykryty białym płótnem. Powiedziałem, że nie wierzę, że mógłbym namalować obraz od nowa, gdyby coś mu się stało”. Płótno to w specyficzny sposób oddziaływało na samego artystę. Dowodem zadziwiającego wpływu jaki ta praca wywierała na odbiorców, niech będzie to, iż kilka lat później, podczas wystawy w Glasgow Museum, obraz został uszkodzony przez fanatyka.

Przedstawić Chrystusa cierpiącego zapragnął też nasz polski malarz z przełomu XIX i XX wieku, absolwent gandawskich studiów politechnicznych, Akademii Sztuk Pięknych w Monachium i Szkoły Rysunków w Warszawie, przyjaciel wielkich realistów okresu Młodej Polski: Józefa Chełmońskiego, Stanisława Witkiewicza i Leona Wyczółkowskiego, stały bywalec w domu aktorki Heleny Modrzejewskiej. Adam Chmielowski, którego tak po latach przedstawi na swoim płótnie właśnie Wyczółkowski, jako zakonnika przygarniającego ubogie dziecko. Wspomniany obraz, zapewne wszystkim nam dobrze znany przynajmniej z reprodukcji, zatytułowany jest Ecce Homo i stanowi owoc wieloletnich rozmyślań Chmielowskiego i rozmów z Chrystusem Cierpiącym. Dość powiedzieć, że przez 10 lat na płótnie tym widniała sama tylko głowa Zbawiciela. Kolejne elementy pojawiały się później, gdy był przez jakiś czas domownikiem klasztoru paulinów na Skałce. Dokończył obraz niejako pod przymusem, namawiany usilnie przez Metropolitę lwowskiego Andrzeja Szeptyckiego. Sam artysta tak relacjonował zakończenie tej pracy: „Obszedłem się z tym obrazem jak partacz ostatni, lecz tak mnie molestował Ks. Metropolita, że aby mieć spokój, dokończyłem go po rzemieślniczemu”. I dodał: „Trudno mi dziś i wprost niepodobna zmuszać się do malowania, gdy Bóg co innego ode mnie się domaga”. (Pisma Adama Chmielowskiego (św. Brata Alberta) 1845-1916)

Były ochotnik powstania 1863 roku od lat już zmagał się z wewnętrznym głosem, który trudno mu było rozeznać, stąd zanim założył zgromadzenie, odbył nowicjat u jezuitów i jak wiemy przyglądał się życiu paulinów. A równocześnie przecież malował wyszydzonego Chrystusa najpierw w myślach, później na płótnie. Malował i tracił zmysły. W roku 1873 podczas pobytu w Monachium – tu sportretowany przez kolegę ze studiów Aleksandra Gierymskiego – tak napisze w liście do Lucjana Siemeńskiego: „Cholera dosyć duża w Monachium; w naszym domu umarł już jeden, ale ja na brzuch zdrowy jestem, tylko na mózg czasami choruję, powszechna to choroba między ludźmi, choć się do niej mało kto przyzna, a dopiero ludzie się spostrzegą, jak w domu wariatów zamykać trzeba pacjenta. (…).” I dalej pisze: „Czy sztuce służąc, Bogu też służyć można? Chrystus mówi, że dwom panom służyć nie można. Choć sztuka nie mamona, ale też nie Bóg; bożyszcze prędzej. Ja myślę, że służyć sztuce to zawsze wyjdzie na bałwochwalstwo, chybaby jak Fra Angelico sztukę i talent i myśli Bogu ku chwale poświęcić i święte rzeczy malować; aleby trzeba na to, jak tamten, siebie oczyścić i uświęcić i do klasztoru wstąpić, bo na świecie to bardzo trudno o natchnienie do takich szczytnych tematów”. (Pisma Adama Chmielowskiego (św. Brata Alberta) 1845-1916)

Uznawany za jednego z najwybitniejszych artystów XX-wiecznych Pablo Picasso, tworzący niedługo po Chmielowskim, w swoich dziełach zniekształcał czasem jakieś szczegóły budowy anatomicznej człowieka, chcąc wydobyć niedostępny dla wzroku ludzkiego szczegół duszy. Brat Albert zdeformował nieco ramię malowanego przez siebie Zbawiciela. Co z tego wynikło? Czerwona chlamida opada z ramion tak, że zarysowuje na ubiczowanej piersi Chrystusa olbrzymie serce. Cały Chrystus zamienia się w serce. Jak to powiedział obdarowany ks. metropolita: „To ubiczowane Boże Serce przecięte z ukosa kilkoma razami z biczowania”.

„Wstrząsające wrażenie robi na każdym, kto wpatruje się w to znieważone Oblicze. Zamknięta ogromem cierpienia twarz-zagadka, boleśnie znieruchomiała głowa, wielkie jasne serce utworzone przez fałdy spływającego z poranionych ramion czerwonego żołnierskiego łachmanu… powrozy jak głębokie blizny… trzcina szyderczo wciśnięta w skrępowane dłonie… Wszechmoc uwięziona, wyszydzona, bezradna w swej miłości do człowieka… twarz pogrążona w cieniu, lecz z postaci Chrystusa emanuje światło… On sam jest źródłem światła…”. (s. Assumpta Faron, Ecce Homo. Historia obrazu)

„Ludziom, którzy spojrzeli na Galilejczyka, zaparło dech. Widok tego człowieka przyprawił ich o wstrząs. Włosy, okryte cierniami, były wręcz mokre i pozbawione przyrodzonej im barwy. Twarz poznaczyło tyle śladów, że trudno było wyróżnić jej rysy. Górną część szaty, widocznej pod płaszczem, splamiła krew. Ciało uciekało w tył. Żołnierze jeszcze bliżej przysunęli się do więźnia, dbając o to, by nadal był wyprostowany i patrzył przed siebie.

Piłat popatrzył na niego. Potem spojrzał na tłum i dostrzegł oznaki litości, naturalne w obliczu takiego cierpienia. W oczach ludzi malowała się także groza i niejeden odwracał wzrok. Rzymianin postanowił wykorzystać to współczucie i odrazę. Wstał i podszedł do Jezusa. Wziął go za rękę, podnosząc ją do góry.

- Oto człowiek! – zawołał głośno.” Ecce Homo! (Jim Bishop, Dzień, w którym umarł Chrystus).

 

 

Najpiękniejszy z ludzkich synów

Jezu Chryste miłosierny,

Twa korona nie z wawrzynu

lecz z raniących czoło cierni,

płaszcz królewski nie z soboli

ale Twojej krwi szkarłatu.

Oto Człowiek co z miłości

ofiarował życie światu.

 

Najpiękniejszy z lidzkich synów

berłem Twoim krucha trzcina,

bo w słabości Bóg objawił

moc i chwałę swego Syna.

W ludzkim bólu Pan obecny

stał się bratem dla nędzarzy.

Oto Człowiek. Król cierpiących

Swoim sercem nas obdarzył.

(Marek Skwarnicki)

 

ks. Mikołaj 

 

 

CZĘSTO CZYTANE

Statystyka

Użytkowników:
2
Artykułów:
173
Odsłon artykułów:
75565
2017  Tygodnik Salwatorski   ©